Error. Page cannot be displayed. Please contact your service provider for more details. (8)

Lisowczycy

Lisowczycy

Zbigniew Sawicki

Signum Polonicum

 

Imię swe wzięli od pierwszego wodza, Aleksandra Józefa Lisowskiego, pamięć o nich przetrwała wieki chociaż istnieli niespełna lat piętnaście. Nieustraszeni, ale i bezlitośni, znakomicie wyszkoleni, chciwi i okrutni, ale mianujący się i mianowani obrońcami wiary. Można ich porównać do współczesnych sił szybkiego reagowania lub oddziałów specjalnych.

 

W swym krótkim istnieniu okazali się tak znakomitymi wojownikami, że przerośli swoją epokę. Przewyższali swych przeciwników pod każdym względem, a w walce wręcz nie mieli sobie równych. Podziwiano ich, ale też i bano jak ognia czy zarazy. Wyczyny i dokonania Lisowczyków spisał naoczny świadek i towarzysz ich wypraw, kapelan Wojciech z Konojad Dembołęcki w swej książce "Pamiętniki o Lissowczykach, czyli przewagi Elearów polskich" /1619-1623/.

Inny autor, Szczęsny Morawski w Dodatku do "Czasu" /maj 1859/ tak ich określił:


"Lisowczyki byli tem Polsce, czem Tatarzy Turkami : strażą i czatą obozową, chociaż na dalekie chadzali czaty, bo na Syberii po "Białe morze" i do Francyi wpław przez Ren..."

Skąd się wzięli i kim byli naprawdę?  Ich wspomniany wyżej kapelan Dembołęcki nazywający Lisowczyków   e l e a r a m i (od węgierskiego elu jaro, żołnierz przedniej straży, harcownik - Kukiel) pisał, że "sam Pan Bóg to wojsko na cesarską służbę dla obronności kościoła swego zaciągnął". Wg niego, kiedy to takie ludy jak Hiszpanie, Francuzi, Włosi, Niemcy, Anglicy, Czesi, Chorwaci, Morawianie, Węgrzy nie mogli się już bronić przed zalewem muzułmańskim

- "Wtenczas dopiero Bóg wszechmogący z narodu polskiego Eleary zaciągnął, i nimi jako się niżej pokaże, moc swoją oświadczając, cesarza chrześcijańskiego wybawił, i wszystko co przedtym jego było, onemu z triumfami przywrócił".

Żyjący w pierwszej połowie XVII wieku Olbrycht Kormanowski pisał w jednym ze swych wierszy:

Nie w Indiach, nie w krajach zamorskich zrodzeni
Ni w lesie ze zwierzęty, choć lisami szczeni
Ale  kość z kości naszych, krew właściwie nasza
Nas i cokolwiek mamy mizernie rozprasza.

Spojrzenie na dokonania Lisowczyków były różne, jedni spostrzegali ich jako okrutników i hultai, inni z kolei podziwiali. Faktem bezspornym jest jedno - BYLI  ZNAKOMITYMI  WOJOWNIKAMI. Znali sposoby walki, dzięki którym potrafili pokonywać każdego przeciwnika. Z ich "usług" korzystali możni ówczesnego świata. Ratowali kraje przed upadkiem, a bitwy przed klęską. Ich wyczyny i dokonania prezentować będę na naszej stronie internetowej, od momentu ich powstania, aż do rozwiązania się tej formacji wojskowej. Przedstawię również współczesnych Lisowczyków, szkolenie itp.

"Wieszczy Apollo, weźmij lutnię złotą, a sam przy harfie zaśpiewaj z ochotą o cnym rycerstwie, walecznych Kozakach, wszędzie szczęśliwych Lisowskich junakach"
/z pieśni/

 

 

Kim był założyciel i twórca tej niezapomnianej jazdy wojowników?

 

Aleksander Józef Lisowski, herbu Jeż pochodził z zacnej, wojennej, średniozamożnej rodziny szlacheckiej, która w połowie XVI wieku porzuciwszy rodzinne Lisewo w woj. Chełmińskim przeniosła się na Litwę, gdzie związała swe losy z potężnym domem Kiszków. Ojciec Aleksandra, Józef Lisowski, towarzyszył wojewodzicowi witebskiemu Janowi Kiszce w jego podróży po Europie. Wraz z nim był w Niemczech, Francji, Hiszpanii, Szwajcarii i Włoszech.
Poznał tam sposoby walki tych narodów, co później zaowocowało znakomitym wyszkoleniem jego synów, a zwłaszcza Aleksandra. Po powrocie na Litwę osiadł na wsi i ożenił się. Tam też, około 1575 r. (lub 1580) urodził się nasz bohater.
Miał 8 braci i 3 siostry. Dla niego oznaczało to konieczność szukania na własną rękę swojej drogi życia. Mógł wybrać między kościołem, dworem magnata i służbą w wojsku. Ponieważ od najmłodszych lat wykazywał skłonności do wojaczki, rozmiłowany w walkach i ciągłych utarczkach, był niezwykle sprawny fizycznie, a nieustanne zapędy do walki zadecydowały o jego wyborze - zaciągnął się do wojska.

Mało wiemy o jego pierwszej młodości i wychowaniu. O tym, że musiał się uczyć i to pod kierunkiem dobrych nauczycieli, świadczą pełne ekspresji listy z dorosłego życia. Niewątpliwie zwyczajem ówczesnej szlacheckiej młodzieży ćwiczenia i wychowanie żołnierskie wypełniały Aleksandrowi jego młodzieńcze lata. Faktem jest, że wybrał wojaczkę.

Trudy żołnierskie rozpoczął pod rozkazami Jana Potockiego, Starosty na ówczas Kamienieckiego, służąc za prostego żołnierza w walkach przeciwko Michałowi Walecznemu. Tutaj spotyka się z najlepszymi w wojennym rzemiośle. Walcząc ciągle z mocniejszym (liczniejszym) nieprzyjacielem, sztuki walki uczy się u hetmana Stanisława Żółkiewskiego, wschodzącej gwiazdy Jana Karola Chodkiewicza, Adama Sieniawskiego, Konstantego Wiśniowieckiego, Mikołaja Strusia, braci Tęczyńskich, nie wspominając już  Krzysztofa Zbaraskiego, Daniłowiczów czy Kazanowskiego. Nic dziwnego,   że przebywając w tak doborowym towarzystwie młody Aleksander Lisowski zapałał chęcią do dalszej wojaczki. Ponieważ w Mołdawii i na Węgrzech  został wprowadzony względny spokój, młody nasz bohater zaciąga się do chorągwi husarskiej rotmistrza Szczęsnego Niewiarowskiego i wraz z nią   wyruszył do Inflant, na rozpalającą się wojnę ze Szwedami. Jego   umiejętności w technikach walki i doświadczenie żołnierskie zostały docenione i prawdopodobnie mianowano go porucznikiem. Musiał się nieźle   wsławić w boju, bo w krótkim czasie zyskał sobie duże uznanie wśród braci żołnierskiej. Sytuacja jednak uległa zmianie. W 1604 roku Lisowski staje na czele  zbuntowanych oddziałów, które nie mogąc doczekać się żołdu odmówiły  kontynuowania walki i wypowiedziały posłuszeństwo hetmanowi Janowi Karolowi Chodkiewiczowi.

"Pryncypałem ich Lisowski, człek bezbożny
i buntownik. On tej konfederacji powodem,
jego to i teraz fabryka, że się rozeszli"

skarżył się hetman w grudniu tegoż roku kanclerzowi wielkiemu litewskiemu Lwu Sapieże. Można przypuszczać, że to właśnie za ten czyn skazany został na infamię i na okres dwu lat znika z widowni. Wiele w tym czasie musiał przejść rozterek wewnętrznych, targany sprzecznościami czuł się odtrącony przez swych sławnych dowódców. Zapewne to, oraz brak politycznego wyrobienia zadecydowały o tym, że poszedł za przykładem panów litewskich i przyłączył się do rokoszu Mikołaja Zebrzydowskiego wojewody krakowskiego i księcia Janusza Radziwiłła podczaszego litewskiego. Mimo powtarzanych od króla i prawdziwych patriotów poselstw i napomnień, ruszył Lisowski do walki przeciwko własnym braciom.

Do walnej bitwy doszło 6 lipca 1607 roku pod Guzowem. Wojska rokoszan poniosły klęskę. Wszak nie mogło być inaczej, skoro przeciwko sobie mieli takich dowódców jak Żółkiewski, Potocki czy Chodkiewicz. W bitwie tej Lisowski dowodził chorągwią kozacką i mimo, że sprawił się dzielnie, na jej przebieg nie miał wpływu. Po doznanej klęsce ruszył w ślad za uciekającym Radziwiłłem w okolice Klecka.
Miejsca w służbie książęcej jednak nie zagrzał. Jesienią tegoż roku na czele około 200 ludzi (Kozaków Dońskich)  opuszcza Rzeczypospolitą i rusza pod Starodub, do obozu Dymitra II Samozwańca. Oprócz Lisowskiego, po jego stronie opowiedzieli się i wojsko swoje przywiedli tacy wojownicy jak: Jan Piotr Sapieha, Samuel Tyszkiewicz, Aleksander Zborowski, Adam książę Wiśniowiecki, Bobrowski, Lanckoronski, Młocki, Rudnicki, Stadnicki i wielu innych. W walkach tych Lisowski zdobywa sławę PIERWSZEGO  PARTYZANTA. Specjalizuje się w walkach skrytobójczych, atakuje tzw. punkty specjalne, czatownie, osiąga specjalizację w likwidacji wartowników (tzw. znoszenie straży), stacza małe walki i potyczki, odcina i likwiduje wozy z zaopatrzeniem, niszczy zaplecze przeciwnika. W rezultacie "przemienia" się z żołnierza walczącego w otwartym polu, w specjalistę do zadań specjalnych - takiego współczesnego komandosa. Swymi działaniami wzbudza podziw, strach i zazdrość. On sam staje się też innym człowiekiem. Działając jako szpieg, agent, spec od "cichej śmierci", mistrz sztuki walki poznaje również i niewłaściwą stronę swego dotychczasowego postępowania. Wiosną 1608 roku na czele kilkuset ludzi opuścił obóz i ruszył do ziemi riazańskiej, by tam zyskiwać poparcie dla "cara Dymitra". Ta na pozór szaleńcza, ale znaczona licznymi zwycięstwami wyprawa dotarła aż pod Astrachań.  Jeden z podkomendnych Lisowskiego, Jarosz Kleczkowski wspominał później, że myślano o przedarciu się do Persji, by wspomóc ją w walce z Turcją, ale nie zdołano rozwiązać problemu przeprawy.

"Byłać ochota i do Persji, i z tym narodem ku dobrej
nachylonym wierze zwarłszy się, dziedzicznemu
nieprzyjacielowi imienia naszego, Turczynowi, w
oczy zakoliwszy zastąpić, ale Kaspijskiego Morza
głębokie nurty i niedościgłe okiem brzegi nadzieję
przebycia odjęły".

W tym mniej więcej czasie dokonała się w nim przemiana wewnętrzna. Można przypuszczać, że oto pod wrażeniem klęsk, które spadły na państwo moskiewskie w wyniku wewnętrznej niezgody, on do niedawna rokoszanin i konfederata przekształca się w zdyscyplinowanego obywatela! Mimo, że jeszcze w 1609 roku Dymitr II próbuje go zatrzymać tytułując Lisowskiego  W o j e w o d ą, to ten nie dał się już przekonać i zwieść obietnicami. W 1610 roku porzuca służbę u Dymitra II i po uzyskaniu przebaczenia króla Zygmunta III, zjawia się w obozie polskim pod Smoleńskiem wstępując tym samym na służbę Rzeczypospolitej. Sejm docenił jego zasługi i w 1611 roku zniósł ciążącą na nim karę:

"Poglądając na posługi urodzonego Aleksandra Józefa Lisowskiego
Półkownika naszego, które nam z odważeniem kosztu niemałego i zdrowia
swego pod ten czas Expedycyi naszej Moskiewskiej oddaje Infamię, która
na nim była od Instygatora naszego otrzymana, vigore hujus Conventus z
niego znosimy, i one kassujemny".

Jan Karol Chodkiewicz powołuje go na służbę i zaleca aby Lisowski zebrał około 1000 ludzi lekko uzbrojonych, którzyby bez żołdu, ale tylko za samą zdobycz wojenną zgodzili się walczyć. W ten sposób wojsko to, nie obciążałoby skarbu państwa, a żyło tylko z siły i sprawności swego oręża, umiejętności i sztuki walki.  Lisowski na te warunki przystał, a król Zygmunt i Sejm wyrazili zgodę na zaciąg takich wojsk.
Żołnierze zaciągali się pod komendę Lisowskiego z kilku powodów. Jednym i być może najważniejszym była sama osobowość Aleksandra, jego umiejętności dowódcze, znajomość sztuki walki, dla innych najważniejsza była nadzieja łupów, inni szukali sławy. Faktem jest natomiast, że Chodkiewicz pragnął mieć obok regularnego wojska, lekką jazdę szybkich, ruchliwych i walecznych żołnierzy, którzyby gnębili i nękali nieprzyjaciela skrytością swoich ataków, jak to pisał Maurycy hrabia Dzieduszycki:

"...nie odpoczywający ni w dzień , ni w nocy, skorzy
w podjazdach, czujny na straży, nieustraszony w bitwie,
niedościgniony w ucieczce; do pustoszenia pól, zawożenia
potrzebnych zapasów zboża, bydła i na ubieżania miast i
zamków zawsze gotowy".

Lisowskiemu udało się zebrać około 2000 ludzi, których od tego momentu LISOWCZYKAMI zwano.

Po zebraniu swojego wojska Aleksander Lisowski tak do nich przemówił :

"Na twarde i niebezpieczne posługi, zawołały was Król i ojczyzna, ale też dozwoliły zakazanych innym pułkom wolności i zysków; w orężu i odwadze cały wasz żołd, cała nagroda: pewniejsze one będą, niż zawodne z publicznego skarbu zapłaty. Niepospolitej ja od was wyciągam odwagi!, jeżeli jeden wśród was jest, któryby na wymierzone przed sobą działo nie rzucił się, jeden nie uderzył na pięciu, gdy ja rozkażę nie wskoczył pierwszy na mury, lub w bystre i głębokie nurty, niech wynijdzie z szeregów! Orężem waszym będzie szabla i rusznica, łuk z sajdakiem, rohatyna, koń lekki i wytrwały; ani wozów, ani taborów, ani ciurów nie ścierpię: wszystko nosić będziecie z sobą. Nie wymagam ja po was gładkich w szyku obrotów, natrzeć zuchwale, kiedy potrzeba rozsypać się, zmylić ucieczkę, znów się odwrócić i nieprzyjaciela doskoczyć, to dzieło wasze. Dam odpoczynek gdy czas po temu, lecz w potrzebie, w pracach waszych, znać nie będziecie ni dnia, ni nocy. Przebiegać najodleglejsze szlaki nieprzyjacielskie, krainy palić, wsie burzyć, miasta, pędzić przed sobą trzody bydła i jeńców tysiące, nie przepuszczać nikomu; to odtąd jedynym zatrudnieniem waszem".

 


Mowę tą śmiało można porównać do zaleceń wydawanych przez dowódców dzisiejszym komandosom czy siłom specjalnym. Można przyjąć, że w tej dziedzinie byliśmy pierwsi i najlepsi.

W 1613 roku Lisowski zapisuje się wdzięcznie w pamięci wojewody płockiego i witebskiego, gdzie przez tamtejszą szlachtę został powołany na funkcję  r o t m i s t r z a. Zawarł lokalny rozejm z Chowańskim, a jego głównym zadaniem stała się ochrona spokojnego bytu mieszkańców. Nie trwa to jednak długo, latem 1614 roku Lisowski na polecenie Chodkiewicza bierze udział w wyprawie starosty orszańskiego Andrzeja Sapiehy pod Smoleńsk: przeprowadza przez pierścień otaczających twierdzę wojsk carskich transport żywności.

W 1615 roku za wiedzą i aprobatą królewską staje na czele dalekiego zagonu rozpoczynając tym samym swą najśmielszą wyprawę. Siły, jakimi dysponował wtedy Lisowski nie były duże: 8 chorągwi, nieco ponad 1000 ludzi, a wszyscy oni zostali zaciągnięci bezpośrednio przed samą wyprawą lub przyłączyli się w czasie jej trwania.
W skład tych sił wchodziły:
1/ 6 chorągwi kozackich - łącznie ok. 430 ludzi,
2/ 1 chorągiew rajtarska - 100 Niemców,
3/ 2 chorągwie polskie - ok. 300 ludzi,
4/ grupa ok. 200 ludzi przyprowadzonych pod Karczew przez niejakiego Ryśkiewicza ("więcej motłochu aniżeli godnego ludu" pisał o nich pogardliwie Lisowski).

Po sformowaniu zagonu w 1615 roku, Lisowski rusza ku morzu lodowatemu zapomniawszy jakby o głównym celu swojej wyprawy. Trasa jego marszu wiedzie przez Briańsk, Karczew, Orzeł i Peremyszl, gdzie dotarły jego chorągwie.  Następnie zajmuje Rżew, Jarosław i kontynuuje marsz do Morza Białego. Nie dociera jednak do jego brzegów. Przyczyną jest zdrada Ryśkiewicza, który "uciekł samoczwart z Moskiewką i z dwojgiem chłopiąt i jako dobrze świadomy, że u nas strzelby, prochu i inszych rzeczy nie dostawało objawił". Lisowski zaczął poważnie obawiać się odcięcia swoich wojsk od kraju przez ośmielone otrzymywanymi wieściami nieprzyjaciela, dlatego też zarządził powrót, kierując się na Suzdal, a następnie wielkim łukiem sięgającym siedzib Mordwy okrążono Moskwę i idąc obok Tuły wrócono do granic Rzeczypospolitej.

Przez pewien czas chorągwie pozostawały bezczynne. Dopiero w lipcu 1616 roku Lisowski otrzymał od Jana Karola Chodkiewicza listy przypowiednie, w których hetman nakazywał mu, by "ludzi z nim wespół z Moskwy wyszli zaciągnąwszy, tamże znowu powrócił". Pułkownik zabrał się do tego zadania ochoczo. W krótkim czasie zgromadził ponownie swoje wojsko,  jednak nie poprowadził go już do boju. W końcu września lub na początku października 1616 roku przejeżdżając przed szeregami swoich wojsk, spadł nagle z konia rażony apopleksją i zmarł (Starowolski). Dowództwo objął po nim wybrany za zgodą wszystkich żołnierzy  WALENTY  ROGAWSKI. O samym zaś Lisowskim można powiedzieć tak :

- Był to wspaniały dowódca, odnosił zwycięstwa w wielu bitwach, nękał prawie całą krainę moskiewską ciągłymi swymi wycieczkami. Znał ich zamiary, miejscowości, rzeczy jawne i tajemne i umiał wszystko,
co nieprzyjaciele czynili, wykorzystywał to na ich własną zgubę. I choć los niegodziwy niekiedy odbierał mu powodzenie, to jednak nigdy nie można było zobaczyć go zwyciężonym. Nauczył się bowiem przewidując w porę i czyniąc wszelkie wysiłki, udaremniać zamiary Moskiewskich, zajmować to co sobie przygotowali i urządzili, przedziwnymi fortelami krzyżować wielkie poczynania ich wodzów i ze swą stałą gotowością do boju łamać ich i poskramiać. Gdy oddał wielkie usługi ojczyźnie i świetnie wyszkolił swych żołnierzy w sztuce wojennej, zabrała go niespodziewanie śmierć. Takim go widział Szymon  Starowolski w  swoich SARMATIAE  BELLATORES.

Dla nas Aleksander Józef Lisowski jest przykładem wojownika, który nie tylko znał, ale i szkolił swoich żołnierzy w polskiej sztuce walki (szabla, rohatyna, czekan-nadziak), dzięki czemu byli oni wspaniałymi wojownikami. Rozsławili umiejętność bicia się polskich żołnierzy w całej ówczesnej Europie. Bano się ich, ale i podziwiano zarazem.

Aleksander Józef Lisowskijest dobitnym przykładem na istnienie POLSKIEJ SZTUKI WALKI,  jej nauczycielem i instruktorem, a co najważniejsze - sztuki walki, która wykuwała się i sprawdzała na polach bitewnych,  w nieprzeliczonych potyczkach i starciach, o czym należy dzisiaj pamiętać.

 

 

 

 

Wiadomości