Error. Page cannot be displayed. Please contact your service provider for more details. (10)

O husarii przystępnie i ciekawie

Prezentujemy artykuł przygotowany przez nas dla Mazowieckiej Gazety Jeździeckiej, z którą stale współpracujemy.

Opowiada on o husarii, jednak w sposób inny niż dotychczas na naszych wirtualnych łamach. 

Kierowany jest do osób, które o husarii raczej nie wiedziały nic lub prawie nic.

Może dlatego, spotkał się on z bardzo pozytywnymi opiniami i może ta forma okaże się ciekawa również dla czytelników naszego serwisu.

Zapraszamy do lektury...

 

Trudno mówić o koniach i jeździectwie w Polsce z pominięciem wspaniałych kart naszej historii, a szczególnie husarii, naszej najlepszej i najgroźniejszej kawalerii w dziejach.

Husaria, mimo że tak kojarzona i związana z Polską i Litwą, nie była jednak naszym „wynalazkiem”. Powstała w Serbii, skąd powędrowała na Węgry i dopiero z początkiem XVI wieku pojawiła się u nas. Powstała na Bałkanach z potrzeby walki z Turkami.

Samo słowo „husarz” oznaczało najprawdopodobniej rozbójnika bądź uzbrojonego jeźdźca.

Powszechnie i błędnie uważa się, że husaria była ciężkozbrojną kawalerią.

Nic bardziej błędnego. Od samego początku husarze byli uzbrojeni lekko, co było ich zaletą, bowiem dzięki temu posiadali

w boju odpowiednią prędkość i zwrotność, co w przypadku średniowiecznego rycerstwa na ciężkich, wolniejszych koniach,

w pełnych zbrojach, było wykluczone.

Konie, jakich dosiadali husarze, w hodowli których Rzeczpospolita się wyspecjalizowała, były mieszanką rodzimych wierzchowców z rasami arabskimi, tureckimi, perskimi. Taki koń dzięki odpowiedniemu doborowi genów, był szybki, wytrzymały, zarazem bardziej dostosowany do naszego klimatu. Nie trzeba tu chyba przypominać, że konie husarskie warte były majątek, a każdy husarz, który zawsze wywodził się ze szlachty, na bitwę czy wyprawę musiał mieć ich kilka. Choćby dlatego, że w boju często zdarzało się, że koń został raniony, bądź ginął i wówczas husarz dosiadał kolejnego wierzchowca. Generalnie w bitwach ginęło zawsze więcej koni, niż jeźdźców i to aż około czterokrotnie. Na przykład w słynnej bitwie pod Kłuszynem z 1610 roku, spośród niespełna 4000 polskich rycerzy, zginęło ich około stu, zaś 400 koni poległo. Straty z tamtych czasów są łatwe do określenia i stosunkowo dokładne, ponieważ rannych i zabitych liczono w ramach chorągwi, składających się z około setki husarzy. Zatem spośród takiego grona, po bitwie łatwo było zliczyć, kto ranny, kto zabity, a kto zaginął. Straty te się spisywało, dzięki czemu dziś dysponujemy niezwykłymi dokumentami z tamtych wydarzeń, nawet określającymi ofiary z imienia i nazwiska.

Wracając jeszcze do koni husarskich, były one tak cenne i tak strategicznie istotne w okrsie XVII wiecznych wojen, że ich eksport z kraju bywał czasowo zakazany, by ich nie zabrakło dla naszych rycerzy.

Służba husarska była droga, zaszczytna, ale i stosunkowo bezpieczna.

Droga, bo husarz musiał uzbroić i wyposażyć się sam. Żołd od króla był niski i nie dla żołdu husaria służyła. Husarz miał zapewnione kopie husarskie, które stanowiły jego główną i wyróżniającą tę formację broń. Całą resztę rycerz bądź jego mecenas w postaci bogatszego magnata, wystawiającego własne poczty i chorągwie husarskie, opłacał z własnych środków, których nikt nie zwracał.

Husarze stali bardzo wysoko w hierarchii społecznej. Do tego stopnia, że mawiali, iż nie służą pod królem bądź u króla,

ale z królem.

Husaria budziła podziw i postrach przeciwników i w krajach, z którymi na szczęście Polsce nigdy nie zdarzyło się walczyć. I to właśnie husarii zawdzięczamy największe zwycięstwa XVI i XVII wieku, choć nie tylko husaria walczyła wśród naszego rycerstwa.

Te największe zwycięstwa, to kilka bitew w niezwykle ważnej strategicznie okolicy, miasta Orsza nad Dnieprem, kolejnych kilka pod Chocimiem, jak również pod Kircholmem, Kłuszynem, Smoleńskiem, Moskwą, Beresteczkiem, Wiedniem i wiele, wiele innych.

Po samych miejscach starć widać, że husaria sprawdzała się w walkach z najrozmaitszym przeciwnikiem, tak Moskalem, Szwedem, Turkiem, Tatarem czy przodkami dzisiejszych Ukraińców, w czasie powstania Chmielnickiego. Zdarzało się też, że polska husaria walczyła ze swoimi protoplastami - husarzami węgierskimi.

Sława i strach przed husarią był tak wielki, że żołnierze szwedzcy przed bitwą pod Kircholmem, na wieść o tym, że mogą zginąć pod kopytami husarskich koni, odmówili zejścia z okrętów na ląd. Przekonało ich dopiero podwojenie żołdu.

Większość tych wojsk szwedzkich z pewnością później żałowało swojej decyzji, ponieważ w wyniku bitwy prawie wszyscy, bo nawet 9000 poniosło śmierć, podczas gdy po naszej stronie straty ograniczyły się do kilkudziesięciu poległych.

Zaś pod Wiedniem w 1683 roku, sprzymierzone z Rzeczpospolitą wojska zachodnioeuropejskie opóźniły atak swych formacji na Turków, by móc podziwiać szarżę husarii.

Jak zatem wyglądała i walczyła husaria, że odnosiła tak spektakularne sukcesy?

Jak wspomniałem na samym początku, husaria wcale nie była kawalerią ciężką.

W ogóle nie były to czasy uniformizacji i rycerstwo polskie nie wyglądało tak, jak dzisiejsze wojsko, które w ramach swojej jednostki i rodzaju sił zbrojnych nosi np. jednolite mundury i uzbrojenie. Nie było to nawet możliwe, ze względu na wymieniony już fakt, że każdy zbroił i wyposażał się sam. Rzecz jasna, każdy też chciał wyglądać jak najlepiej, dlatego wśród husarskiego rycerstwa trwał „wyścig zbrojeń” na wyposażenie, uzbrojenie, ale nie tylko. Ważny był wizerunek, pokazanie swojej pozycji i zamożności. Dlatego rzędy husarskie, szaty czyli żupany, delie itp były pełne przepychu, szyte z najdroższych materiałów.

W takich warunkach trudno było znaleźć dwóch identycznych husarzy.

Jak wspomniałem wcześniej, husaria wcale nie była kawalerią ciężkozbrojną.

Z czasem po wyparciu innych formacji, zarazem ze względu na charakterystykę naszych przeciwników, ich sposobu walki, husaria była najcięższą kawalerią, jaką mieliśmy, ale na tle Europy zachodniej, ciężkozbrojną kawalerią nie była.

Husarz we wczesnym okresie, zazwyczaj nie miał żadnego pancerza, co najwyżej „krył się” za tarczą. Dopiero reformy

Stefana Batorego bardziej obowiązkowo wprowadziły kirysy czyli napierśniki, a z czasem pojawiły się pancerze na ramiona

i przedramiona.

Co zatem wyróżniało husarzy? Czym odróżniali się od innych formacji kawaleryjskich, skoro nie zawsze miał zbroję?...

Nie, nie, nie,… wcale nie skrzydła, ale o tym później.

Husarzy wyróżniała kopia, inaczej mówiąc również w tamtych czasach „drzewko”.

Kopia husarska miała długość od 4 do 6m. Nie była ciężka, ze względu na swoją budowę.

„Drzewko” nadające się na kopię było przecinane wzdłuż na dwie połówki i drążone wewnątrz, następnie klejone w całość. Dzięki temu kopia 6-cio metrowa ważyła niespełna 3 kilogramy. Aby jej środek ciężkości był bliżej miejsca uchwytu przez rycerza, kopia miała charakterystyczną kulę.

Kopia była bronią jednorazową, bo łamała się zazwyczaj po każdym wbiciu w galopie w przeciwnika. Zazwyczaj jednego przeciwnika, ale raz odnotowano nawleczenie na kopię husarską aż 6-ciu Moskali. Niektórzy twierdzą, że to niemożliwe, ale tak mówią zapisy, a przypadków, gdy nabijano po 2,3,4 a nawet pięciu żołnierzy wroga, jest dużo więcej.

Zatem jak walczyła husaria?

Chorągiew/ chorągwie husarskie liczące po około stu husarzy na otwartym polu ruszały na przeciwnika powoli, stopniowo nabierając tępa, aż do ataku w pełnym galopie.

Husarze z kopiami skierowanymi w ciała przeciwników- piechoty szarżowała bez wahania.

Konie miały odpowiednie munsztuki, przy butach ostrogi, konie odpowiednio szkolone do ataków, aby nie miały oporów w taranowaniu lub skakaniu na oddziały piechoty, o ile oddziały te wcześniej na widok husarii nie zaczęły ratować się ucieczką. Bo piechota w starciu z husarią nie miała szans, o ile pole bitwy dla husarii było odpowiednie, to znaczy otwarte, płaskie.

Jednak nawet jeśli teatr działań nie był sprzyjający, jak pod Kłuszynem, gdzie teren poprzedzielany był płotami wiejskimi i umocnieniami drewnianymi, husarze na swych rumakach skakali ponad nimi.

Skakali i walczyli, powodując koniem tylko jedną ręką, zaś w drugiej trzymając kopię husarską, a po jej skruszeniu, dobywając szablę z pochwy.

Po takim ataku jeździec na koniu natychmiast zawracał by uniknąć walki w tłumie, wrócić do swoich wojsk, przygotować się do kolejnej szarży lub zwolnić pole walki dla kolejnych natarć innych chorągwi husarskich.

Mimo takiej zastępowalności chorągwi w boju, pod wspomnianym Kłuszynem, niektóre chorągwie szarżowały nawet po 10 razy. To wszystko na początku lipca, w upale, po całonocnej jeździe na pole bitwy na dystansie 30km.

To też pokazuje hart ducha rycerzy oraz wytrzymałość koni husarskich.

 

Husaria bez taboru, z uzbrojeniem na sobie całą noc pokonywała wąską leśną dróżką trasę pod Kłuszyn, następnie walczyła w upale około 5 godzin, jak podawali naoczni świadkowie. Część husarii po bitwie jeszcze kilkadziesiąt kilometrów goniła uciekającego przeciwnika, a na sam koniec wszyscy pokonali trasę powrotną, czyli też około 30km.

Suma summarum, znaczna część spośród blisko 4 tysięcy husarzy pod Kłuszynem, na swoich koniach, w uzbrojeniu, pokonała ponad sto kilometrów. Dziś mało kto decyduje się na takie „rajdy”, tym bardziej bez ciężkiego ekwipunku i oszczędzając siły, co w warunkach bojowych było niemożliwe.

O koniach, trochę o zbrojach i kopiach już było, a zatem teraz o skrzydłach.

Malarze, szczególnie z okresu rozbiorów, malując „ku pokrzepieniu serc” zawsze przedstawiali husarię ze skrzydłami. Nawet w malarstwie XX wiecznym Kossaków to widać, a co nie do końca jest prawdą. Również ekranizacja Trylogii pełna była takich wizerunków…

Niestety może to i krzepiło serca, ale z prawdą nie zawsze miało wiele wspólnego.

Do połowy XVI wieku husarze ze skrzydłami praktycznie się nie pojawiali.

Mieli za to często tarcze i nakrycia głowy zdobione piórami.

W Czasach Stefana Batorego skrzydła pojawiały się częściej, ale też nie były regułą.

…i były to skrzydła- proste- mocowane do tylnych łęków siodeł. Skrzydła, jeśli były, to różne- bardziej lub mniej natkane piórami ptaków drapieżnych, ale gdy tych brakowało, również gęsich czy strusich.

Skrzydła mocowane do naplecznika- pancerza na plecach husarza, pojawiły się znacznie później i też nie były regułą.

Niektórzy powątpiewają w zastosowanie skrzydeł w boju i przypisują je tylko okazjom paradnym. Z pewnością skrzydło za plecami w pewnym stopniu utrudniało czy ograniczało ruchy, ale są obrazy bitew, malowane w XVII wieku, gdzie przedstawieni są husarze w boju ze skrzydłami. W czasach pre- fotograficznych takie malarstwo miało cel nie tylko propagandowy, ale i dokumentacyjny. Także posłowie zagraniczni na terenie Rzeczypospolitej, pełniący również funkcje wywiadowcze, dokumentowali obecność skrzydeł u niektórych husarzy w boju.

A po co te skrzydła?

Ano, jak pisano oficjalnie w czasach Stefana Batorego, „dla postrachu i okazałości”.

Proszę sobie wyobrazić, co mógł pomyśleć wcielony do armii carskiej albo szwedzkiej prosty człowiek, który widział, jak pędzi na niego z kopiami setka rycerzy w lśniących zbrojach, w pięknych szatach, ozdobionych piórami i skórami zwierząt drapieżnych?

Może lepiej sobie nie wyobrażać ;) To właśnie dlatego, oddziały przeciwnika husarzy o niskim morale, jeszcze przed pierwszym uderzeniem na nich, opuszczali szyki i rzucali się do ucieczki.

Husaria w Polsce i na Litwie, istniała od początku XVI wieku, aż do rozbiorów.

Największe triumfy święciła przez XVI i XVII wiek, choć w tym czasie bardzo się zmieniła.

Przybyła do nas identyczna, jak na Węgrzech, a z czasem nabrała pancerzy i osiągnęła polską, najlepszą i niedoścignioną formę.

Jednak po stu latach XVII wieku, praktycznie bez roku pokoju, całe państwo polsko- litewskie osłabło, zubożało, a szlachta potrzebowała czasu i spokoju by wzmocnić się ekonomicznie, w swoich majątkach. Dlatego stopniowo coraz mniej doskonalono sztukę walki i jazdy po husarsku.

Wraz ze spadkiem zamożności szlachty, malała liczba husarzy.

Z czasem w XVIII wieku przyjęła ona rolę paradną, wówczas częściej przywdziewano zagięte i przesadnie duże skrzydła na plecach.

Formalnie husaria nie przestała istnieć nigdy. Niektórzy za datę kończącą funkcjonowanie husarii i to nie bojowej, a paradnej, uznają moment powstania Kawalerii Narodowej, ale samej husarii nie „unicestwiono” nigdy, zaś uczyniły to praktycznie dopiero rozbiory.

Niektórzy łączą spadek wartości i użyteczności husarii z rozwojem broni czarnoprochowej, ale nie jest to zbyt przekonujące. Skuteczność i szybkostrzelność ówczesnej broni była bardzo niska i rany od niej rzadkie. Z resztą i w kolejnych wiekach mimo rozwoju broni, kawaleria, ale już nie husaria bywała skuteczna, a ostatnia szarża polskiej kawalerii na karabiny miała miejsce we wrześniu 1939 roku pod Warszawą!!!

Prawie każdego, poznającego niezwykłe osiągnięcia husarii, nurtuje odpowiedź na pytanie, skoro husaria była tak wspaniała, czemu w innych krajach taka formacja się nie rozwinęła.

No przecież była na Węgrzech, ale we wczesnej, lekkiej formie, a Węgry częściowo weszły w granice Turcji.

Prób z husarią dokonywano w państwie Moskiewskim, ale bez powodzenia.

Tu najważniejszy był ustrój państwa polsko- litewskiego i jego struktura społeczna.

W tamtych czasach w Europie szlachta to zaledwie około 2% społeczeństwa. U nas było to aż 10%, stąd „Rzeczpospolita szlachecka”. Jak to się przekładało na husarię?

Jako formacja była ona zbyt droga, aby jakikolwiek władca mógł sobie sfinansować, utrzymać, wyszkolić 2 czy 8 tysięcy husarzy. A u nas, w majątkach i wyśmiewanych w PRL „zaściankach” chłopcy od małego uczyli się jeździć konno, aż do doskonałości, władanie palcatem, a potem szablą, a jeszcze później kopią. U nas te 10, a nie 2% społeczeństwa ze względu na zamożność stać było, by obszyć, uzbroić się na husarza, by służyć dla ojczyzny, w boju, nie u króla, ale Z KRÓLEM, jak niemalże równy, z równym.

Husaria, jako niedościgniona kawaleria w skali całego Świata odrodziła się i rozwijana jest przez pasjonatów historii, rekonstruktorów.

Z resztą na prl’owskiej paradzie na placu Defilad z okazji tysiąclecia państwa polskiego, także przemaszerowała husaria.

Dziś w Polsce jest około setka husarzy. Lepszych, gorszych, ale każdy stara się jak najlepiej przypomnieć i pokazać tamte wspaniałe karty naszej historii i tradycji jeździeckich.

Część spośród nich, nie dość, że posiada bardzo dobrze odtworzone szaty i uzbrojenie, również doskonale opanowała trudną sztukę jeździecką, szczególnie ze względu na jazdę w warunkach „bojowych”, tj. w zbroi, z kopią w jednym ręki, przy hukach wystrzałów z armat i muszkietów…

Kiedyś jakaś pani spytała mnie na bitwie, czy te konie się nie boją?

Odpowiedziałem, że oczywiście, że normalnie by się bały, ale te konie są głuche…

Rzecz jasna nie bały się, ani głuche nie były. Jak to się mówi, po prostu te konie są „ostrzelane”, dzięki czemu zazwyczaj z armatnich wystrzałów nic sobie nie robią.

Na koniec jedna uwaga… Husarz, a nie huzar.

Husarz, to po angielsku „hussar”, „winged hussar”, ale “HUZAR” z husarią nie ma nic wspólnego. Tak jak husaria przede wszystkim walczyła kopią (drzewkiem), później zaś w razie jego braku szablą, to huzar to żołnierz konny z późniejszego okresu, wyposażony w broń palną. I co ciekawe, jak husarze byli i w Polsce i na Węgrzech to huzarzy (huzar) również.

W 1812 roku, czyli dwa wieki po obecności polskiej husarii w Moskwie i na Kremlu, wraz z Napoleonem do Moskwy wkraczały jego wojska. ten między innymi na pamiątkę dawnych czasów, przepuścił polskich HUZARÓW by pierwsi wjechali do Moskwy i na Kreml.

Taka historia...

 

Bartosz Siedlar

 

Wiadomości