“Historia Imperium Rosyjskiego”- recenzja książki
Kilka uwag o „Historii Imperium Rosyjskiego”
Okres urlopowy sprzyja lekturze. Postanowiłem i ja nadrobić zaległości i sięgnąć po książkę, która nieco (ale tylko nieco :)) odbiega od moich tradycyjnych zainteresowań. Wizyta w księgarni zaowocowała zakupem dzieła Michaiła Hellera „Historia Imperium Rosyjskiego”. Jej autor, rodowity Rosjanin, jest o tyle ciekawą postacią, że w latach 60. XX w. wyemigrował z ZSRR i przez Warszawę, gdzie zagrzał trochę miejsca, trafił do Francji. Heller w ZSRR był dysydentem i więźniem polityczny. Po jego książce można się więc było spodziewać nietypowego dla radzieckich pozycji spojrzenia na historię Rosji. Zwłaszcza, że Heller pisał swe dzieło już po rozpadzie ZSRR (w latach 1992-1995), umierając niestety 2 lata później (bynajmniej nie sugeruję tu przyczynowo-skutkowej zależności :)).
Pierwsze wrażenie – książkę czyta się dobrze. Na ostatniej stronie okładki napisano o tym dziele „Czyta się je niczym fascynującą powieść”. I jest to prawda. Tok narracji przypomina mi nieco naszego Jasienicę, którego zresztą Heller czytywał i na którego się niejednokrotnie powołuje. Myślę, że o lepszą rekomendację nie trzeba.
Drugie wrażenie – obiektywizm. Książkę zacząłem czytać od środka. No cóż, taka to już moja przywara, że od razu skaczę do rzeczy najbardziej mnie interesujących i jeśli coś mi się spodoba, doczytuję resztę. Tak więc lekturę zacząłem od polskiej interwencji w Rosji w czasach Smuty i byłem pozytywnie zaskoczony, że rosyjski autor potrafił się wznieść ponad typowe schematy myślowe. Ale…
Trzecie wrażenie – podskórny antypolonizm. Gdy zachęcony środkową partią książki, skoczyłem na jej pierwsze strony i zacząłem systematyczną lekturę, ze zdziwieniem zauważyłem, że obiektywizm autora, jest w niektórych partiach tegoż dzieła, hmmm… nazwę to delikatnie – dyskusyjny. Nie, nie chodzi mi o to, że Heller ma inne poglądy niż ja na to, czy tamto zjawisko. Własne zdanie to prawo każdego historyka. Ale zdumiewa mnie np. kompozycja książki, w której Polskę (i jej wcielenia) przywołuje się niemal wyłącznie w takich momentach, które mają zobrazować i podkreślić, jak korzystnie na jej tle kształtował się ustrój i nie tylko ustrój Rosji (i jej wcieleń). Kuriozalne staje się to w chwili, gdy autor porusza zagadnienia wojny Polski z Rosją za czasów Iwana Groźnego i Stefana Batorego o Inflanty. A więc mamy tu np. przeciwstawienie samodzierżawia w Rosji, z „Polską, rozszarpywaną na części przez samowolnych feudałów” (s. 174). Który z tych ustrojów był lepszy? Oczywiście samodzierżawie. Dowodem ma być los Polski i Rosji w późniejszych wiekach.
Ale zaraz, zaraz… przecież Rzeczpospolita wygrała wojnę o Inflanty! Sam Heller podkreśla jaką katastrofą dla Rosji skończyło się ćwierć wieku wojen Iwana Groźnego o dostęp do Bałtyku (s. 178). Więc jak to w końcu jest? Odpowiedź, którą udziela Heller jest pokrętna. Otóż na szczęście dla Rzeczpospolitej, na tronie polskim pojawił się Stefan Batory - „Węgier, nie znający języka polskiego i porozumiewający się ze swymi poddanymi po łacinie, wasal sułtana tureckiego, lepiej rozumiejący potrzeby Polski niż większość ówczesnych Polaków” (s. 176). Ów „energiczny, świadomy swych celów król” (s. 176) panował w kraju, którego ustrój („polski system liberum veto, monarchistyczna republika” s. 176) z punktu widzenia Moskwy był patologią. Kto więc wygrał tę wojnę? Polska z jej patologicznym ustrojem? Skądże znowu. To był tylko i wyłącznie Batory!
„Polski król umarł (lub został otruty), rozgoryczony niewdzięcznością swoich poddanych. Prócz sukcesów na polach bitew zostawił po sobie trafne spostrzeżenie: dla Polaków można zrobić wszystko, z Polakami – nic.” (s. 176).
Mamy tu pozornie tylko rozwiązaną logiczną sprzeczność. Pozornie, bo Michaił Heller nie tłumaczy niestety jak Stefan Batory, rządząc w kraju, w którym miało niby panować liberum veto, w kraju tak bardzo krępującym jego monarszą władzę, „rozszarpywanym na części przez samowolnych feudałów”, jak tenże Batory przeprowadził reformy wojska (Heller o nich wspomina co nieco – w tym o „skrzydlatych husarzach, którzy wkrótce stali się sławni w całej Europie” s. 177) i wykorzystał to warcholące społeczeństwo i kraj do zwycięskiej walki z potężnym państwem moskiewskim rządzonym przez samodzierżawcę. Jak więc Batory to zrobił? Ustroju Polski nie zmienił przecież. Sam z szablą w dłoni tej wojny nie wygrał. No i mamy pytanie bez odpowiedzi.
Czy Hellerowi do głowy nie przyszła myśl, że ta Polska, z jej wszystkimi „wadami” ustrojowymi mogła reprezentować jakąś wyższą wartość niż Rosja z jej samodzierżawiem? Czy też – co wydaje mi się bardziej prawdopodobne – do głowy mu to przyszło, ale ponieważ było to sprzeczne z jego poglądami, tak pogmatwał ten fragment swojej opowieści, żeby mniej bystry czytelnik nie zadawał sobie pytań, które tu postawiłem?
Takich paradoksów jest niestety więcej. Dajmy na to charakterystyka Zygmunta III Wazy i jego rzekomego fanatyzmu religijnego (s. 194). Owszem, na tle swojego wuja, który panował kilkanaście lat przed nim (króla Zygmunta Augusta), czy syna, który panował tuż po nim (Władysława IV Wazy), Zygmunt III może jawić się jako religijny fanatyk. Tylko, że jeśli porównamy ten „fanatyzm” do norm europejskich, to trudno byłoby naszego Zygmunta III Wazę nazwać inaczej niż religijnym liberałem. Który to fanatyk pozwoliłby swojej siostrze we własnym zamku odprawiać msze w innej niż on sam wyznaje religii? Który fanatyk, mając zupełnie wolną rękę, nominowałby na ważne stanowiska innowierców? A Zygmunt III Waza tak właśnie postępował.
Porównanie więc Zygmunta III Wazy do Iwana Groźnego (Heller czyni to cytując innego historyka – Amerykanina Jamesa Billingtona: „pod wieloma względami Zygmunt III był bardziej fanatyczny od rosyjskiego cara” s. 194) i pisanie w tym kontekście o „prześladowaniu prawosławnych” jest więc całkowitym nieporozumieniem.
A tak przy okazji tego „prześladowania prawosławnych”. Heller wspomina o rosyjskiej tradycji izolowania się od Zachodu (np. cytując posłów rosyjskich, którzy na polską propozycję wzajemnego otwarcia granic dla kupców odpowiedzieli „niezgodne jest z moskiewskim obyczajem, by ludzie od nas jeździli wszędzie [gdzie zapragną] bez zgody władcy” s. 189). Pisze także o masowej emigracji politycznej bojarów moskiewskich na Litwę w XVI w. Informuje również o „eksperymencie” cara Borysa Godunowa, który wbrew tejże tradycji „wysłał za granicę na naukę grupę młodych dworzan. Dokładna ich liczba nie jest znana [ale było ich od 18 do 30]. Historycy są zgodni co do tego, że wszyscy oni, być może za wyjątkiem dwóch, pozostali na Zachodzie” (s. 200). Jak widać, w raju dla prawosławnych, którym było państwo moskiewskie w XVI w., jakoś sami prawosławni wysiedzieć nie mogli i jak tylko nadarzyła się okazja, to uciekali z niego jak najdalej. Także do Polski. I co się może wydawać wprost nieprawdopodobne, czynili to nawet w XVIII wieku. Heller podaje:
„Starowierców [tj. tych prawosławnych, którzy nie przyjęli siedemnastowiecznych nowinek patriarchy Nikona] prześladowano nie za to, że wierzą po swojemu, lecz za to, że odchodząc od panującego Kościoła powodują w kraju rozłam. Starowiercy płacili podwójne pogłówne, ich klasztory popadały w ruinę, za ‘deprawowanie’ prawosławnych karano bezpowrotnym zesłaniem na galery. Ratując się przed prześladowaniami, staroobrzędowcy uciekali z centralnych regionów kraju na odległe kresy – na Syberię, na podnóża Kaukazu, i za granicę – do Polski i Mołdawii.” (s. 375)
Jest to nota bene jedna z bardzo nielicznych wzmianek, gdzie Polska pojawia się w pozytywnym kontekście. Choć mamy tu kolejny paradoks, nad którym Heller przemyka bez słowa komentarza. Jak to się działo, że „prześladująca prawosławnych” katolicka Polska była dla nich bardziej atrakcyjna niż rodzinna Rosja? I to jeszcze w XVIII w., gdy w Rosji mamy już do czynienia z „wynikającą z interesów państwa tolerancją religijną” (s. 375) podczas gdy w Polsce, „prześladowano prawosławnych” już od Zygmunta III Wazy?
No ale dobrze. Mniejsze czy większe potknięcia i ten podskórny antypolonizm, który w Hellerze – radzieckim dysydencie – dostrzegam, nie mogą przysłonić faktu, że książka jest warta polecenia. Czytając ją, łatwiej zrozumieć mentalność Rosjan i ich spojrzenie na własną historię. Heller w pewnym miejscu zadaje pytanie o cel istnienia państwa. I odpowiada, że dla Rosjan było nim rozszerzanie granic. Ta ekspansja, ujęta w bardzo zgrabną formułkę „obronnego imperializmu”, zdaje się być doskonałą charakterystyką rosyjskiego sposobu myślenia. Nie dobro obywateli, ale wielkość państwa była miarą jego sukcesu. I to jest ten fundament, który różnił nasze narody.
Radosław Sikora
Jeśli kogoś zainteresowałem tą pozycją i zainspirowałem do kupna książki, to polecam sieć tanich księgarni Dedalus. Książka, kosztująca w zwykłej księgarni 80zł (taką cenę nadrukowano na ostatniej stronie okładki), w Dedalusie jest do kupienia za 32 zł.

