Wyprawa na Moskwę, Kłuszyn i Psków

Pod koniec września 2008 roku zakończyła się nasza wspaniała wyprawa pod Połonkę, Orszę, Mohylów, Smoleńsk, Andruszów, Polanów, Kłuszyn, Psków, a w drodze powrotnej przez Rygę, Kircholm i Wilno oraz w wiele innych miejsc. Zapraszamy do relacji z tamtej wyprawy, pełnej opisu szokujących niekiedy wrażeń…

Zapraszamy też do galerii zdjęć z tej wyprawy

PRZED WYJAZDEM

Na Moskwę, a tak naprawdę w głównej mierze na tereny w dawnych granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego szykowaliśmy się od kilku miesięcy. Pomysł chyba powstał podczas majowego wyjazdu na Podole.
Jakiś czas temu został ustalony termin na połowę września 2008, jako najwcześniejszy, kiedy to minie Vivat Vasa, a zarazem uda się być na Victorii w Krakowie.
Zależało nam na możliwie wczesnej dacie wyjazdu we wrześniu, aby nie skończyć jak Napoleon czy nasi zachodni sąsiedzi, ani nawet jak nasi pod Pskowem, mimo że zwyciężyli- jako jedyni z resztą. W końcu trasa miała wieść w głąb kontynentu, na północny wschód…

Nikt nie przewidywał jakiejś międzynarodowej zawieruchy z udziałem Rosji i z Polską w tle.

Oczywiście w kontekście rosyjskiej interwencji w Gruzji i polskiego zaangażowania dyplomatycznego, na nasze rodziny padł blady strach, na samą myśl, że mamy zamiar udać się do Rosji.
O samej Rosji nie zamierzam niczego szczególnie pozytywnego pisać, ale jednak wokół niej nagromadziło się wiele mitów.
Osoby, które w Rosji nigdy nie były mają często przesadzone obawy, co do panujących tam realiów pod względem bezpieczeństwa i niechęci do Polaków.
Byłem wcześniej dwukrotnie w paszczy lwa- Moskwie, widziałem bezpańskie psy biegające po ulicach, ochroniarzy z długą bronią strzegących Maybacha przed kasynem i kilka innych nie mniej niecodziennych sytuacji.
Poza kręgami najwyższej władzy i sprawami politycznymi (przeciętnemu Rosjaninowi nie wytłumaczy się i nie ma co nawet próbować, że Stalin to zbrodniarz, a władza nie zawsze jest nieomylna), Rosjanie nie są źle nastawieni do Polaków. Oczywiście nie ryzykowałbym tego twierdzenia wobec żołnierzy w Gruzji- to inna kategoria, ale przeciętni ludzie w Rosji są mili, gościnni, itp…
A nawet gdyby tacy nie byli, nie zdecydował bym się odwołać wyprawy tylko dlatego, że prezydent Rosji wysłał „trochę” czołgów i wojska, spod Pskowa i najechał inne państwo…
Chociaż dla tych, którzy mi odradzali wyjazd w tym czasie właśnie to, w połączeniu z polskim- antyrosyjskim zaangażowaniem w Gruzji, miało mnie skłonić do rezygnacji.

Mimo „wywrotowej” działalności dostaliśmy wizy, dokupiliśmy na czas wyjazdu kradzieżowe AC, ponieważ Rosja jest wyłączona ze standardowego i wymagała dopłaty. Co ciekawe, niektóre towarzystwa ubezpieczeniowe w ogóle kradzieżowego AC na Rosję, nawet za dopłatą nie oferują, ale Hestia akurat to przewidziała i jak widać opłaciło się jej, bo samochód przekroczył rosyjską granicę w obie strony ;)

Babinicz pod Orszą- przystanek autobusowy

Planem moim, Radka, Kuby i jego taty było dotarcie w najważniejsze, a i odległe miejsca, skąd na próżno szukać zdjęć w zasobach internetowych. Marzyliśmy aby stąpać po polu między Pirniewem a Prieczystoje- polu bitwy pod Kłuszynem, dotrzeć do Andruszowa, Polanowa, Smoleńska, Jamu Zapolskiego, Pskowa. No i oczywiście do Katynia. Po drodze do Rosji, ale to nie mniej ważne punkty programu miała być Połonka, Orsza oraz Mohylew na Białorusi czyli w dawnym Wielkim Księstwie Litewskim.
W drodze powrotnej jadąc przez Inflanty- południe Estonii, Łotwę mieliśmy dotrzeć na pola bitew ze Szwedami, w tym oczywiście pod Kircholm.

Jechaliśmy podziwiać Smoleńsk, moskiewski kreml i Psków, a tylko po drodze Kłuszyn i gdyby ktoś pytał po co, miała paść odpowiedź- zwiedzić muzeum Jurija Gagarina…

Słysząc przed wyjazdem o niesłychanej korupcji w rosyjskiej drogówce wziąłem kilka tanich koszulek na „podarki” dla milicjantów. Miałem nadzieję, że przynajmniej ograniczą one wysokość jak się wydawało nieuniknionych mandatów.

W DROGĘ

14-go rano, po Victorii z Krakowa wyruszyliśmy w stronę Terespola. Droga pusta, prosta i nagle jakiś sygnał za nami… No tak, Vectra z kamerą wideo nakręciła scenę jak z kina drogi za 500pln i 10 punktów. Już miałem czarną wizję aspektu milicyjnego w Rosji, skoro jeszcze przed granicą pierwsze kłopoty miały miejsce.

Po dwóch godzinach dojechaliśmy pustą drogą do pustego przejścia w Terespolu i szybko się odprawiliśmy. Po stronie białoruskiej odprawa też poszła zaskakująco sprawnie i uprzejmie. Przyznam, że odbyło się to dużo milej i normalniej, niż na przejściu kolejowym w drodze do Moskwy.

PRZEZ BIAŁORUŚ
Przez Białoruś ruszyliśmy szeroką, równą, prostą drogą, co stanowiło nie lada zaskoczenie- pozytywne, pierwsze, a wcale nie ostatnie. Słyszałem wcześniej o „olimpijce”- autostradzie zbudowanej na olimpiadę w Moskwie i z mapy wynikało rzeczywiście, że droga ta istnieje.
Podjechaliśmy na stację po tańsze paliwo i choć stacja państwowa oraz dokonać trzeba było przedpłaty za paliwo, to miała wszystko co mieć powinna z czystym wc włącznie, a nawet z prysznicami. To niby taki banał, ale tylko na pozór.
Z każdym kilometrem otwieraliśmy ze zdziwienia szerzej oczy, bo to co widzieliśmy nie do końca zgadzało się z tym, o czym donoszą nasze media. Nie rozgrzeszam władz białoruskich ze spraw związanych z demokracją i opozycją, ale nasze media przywykły wieszać na Białorusi przysłowiowe psy za wszystko, a przynajmniej części tych psów wieszać nie należy…

dowód na doskonałe białoruskie drogi ;)
dowód na doskonałe białoruskie drogi ;)

Olimpijka zaczynająca się w Brześciu (Litewskim;) wiodła nas przez Baranowicze w stronę Mińska. Piękna, gładka, prosta, pusta droga szerokości autostrady. Mając na uwadze fakt, że mieliśmy do przejechania w ciągu dnia prawie całą długość Białorusi, cieszyła nas możliwość rozpędzenia samochodu do prędkości bardziej typowej dla niemieckiej autostrady i utrzymywania jej przez prawie całą drogę.
Nasze pozytywne pierwsze wrażenie związane z Białorusią, polegające na pięknej drodze, zadbanych domach w widocznych z trasy miastach, czystych stacjach, polach, które nie leżały odłogiem, miało zostać poddane próbie pod Nową Myszą, gdzie musieliśmy wjechać do zapadłej białoruskiej wsi, a dokładnie na pole bitwy pod Połonką. (zdjęcia i informacje o bitwie dostępne są w galerii)
Tu jednak po raz kolejny byliśmy zaskoczeni.
Oczywiście eternit na każdym dachu w polu widzenia nie był czymś napawającym radością, ale jakoś mimo że skromnie, to wszystko było zadbane, pola obrobione, drogi, nawet te boczne lepsze niż tu, u nas… Nawet te tradycyjne ruskie, drewniane domy we wsiach jakieś takie schludne, płoty się nie przewracają i tak dalej.
Fakty te są warte podkreślenia, nie dlatego, żeby placówka dyplomatyczna Białorusi w Warszawie sponsorowała nasz wyjazd, ale dlatego, że nasza dalsza trasa wiodła w kolejnych dniach, przez inne państwo, ponoć znacznie bogatsze, silniejsze, aspirujące do miana światowego mocarstwa… ale do tego dojdziemy.

Z Nowej Myszy i Połonki pomknęliśmy olimpijką omijając Mińsk do Orszy, a tam…

Bitwa pod Orszą na parafii w Orszy

Miasto oświetlone, odnowione, ludzie na ulicach… tylko już zimniej niż w Polsce. Chwilę pobłądziliśmy zwiedzając różne dzielnice, aż ktoś nam wskazał drogę do kościoła katolickiego, bo to bardzo dobry sposób na schludne i bezpieczne noclegi. Ksiądz nas przyjął, ugościł kolacją. Parafia to nie hotel, ale korzystając z gościnności każdemu, kto by zamierzał przypominam, aby dał od siebie na parafię kilka Euro.
W parafii, położonej w samym centrum Orszy na ścianie „oczywiście” wisiała reprodukcja obrazu- „bitwa pod Orszą”.
Rano pojechaliśmy z księdzem na pole bitwy, a po drodze ksiądz nam wyjaśnił, że Orsza taka odnowiona i posprzątana, bo za tydzień prezydent miał przybyć na oficjalne dożynki. Biorąc pod uwagę fakt, że co roku dożynki odbywają się w innym mieście, cała Białoruś „pnie się w górę”;)
W ciągu dnia widać było, jak z podnośników robotnicy malowali fasady budynków przy głównych ulicach.
Na tyłach parafii leżało trochę desek wykorzystywanych do trwającego remontu.
W pewnym momencie przyszedł jakiś inspektor i spytał czemu tu taki nieład, skoro prezydent przyjeżdża, na co usłyszał, że po prostu nie ma komu to ułozyć.
Piętnaście minut później u księdza zameldowała się nauczycielka pobliskiej szkoły z grupą uczniów do posprzątania tego terenu. Było to dla nas zdumiewające, ale skuteczne rozwiązanie.

BIAŁORUŚ ŻEGNA, ROSJA WITA

Z Orszy, przez Mohylew i pole bitwy nad rzeką Basią oraz przez Szkłów, gdzie też Moskali husaria pogoniła, a dziś ponoć mieszka tam żona prezydenta Łukaszenki… -skierowaliśmy się do granicy z Rosją.
Jednak zamiast przekraczać granicę przejściem głównym- zamierzaliśmy skorzystać z tego- Mohylew- Rosław. Na olimpijce obawiałem się kolejki, a poza tym z Mohylewa było nam bliżej. W razie sprawnej odprawy po drodze do Smoleńska zamierzaliśmy jeszcze zdążyć do Andruszowa.

Do granicy dojechaliśmy zgodnie z planem, jednak aby opuścić Białoruś musieliśmy dać w łapę 10 Euro… – nieważne komu… za jakąś dodatkową opłatę „klimatyczną”.
Dojechaliśmy do rosyjskiego szlabanu, przed którym stały tylko ciężarówki, głównie z Polski i żadnej osobówki.
Wszechwładny mundurowy z pałą wskazał gdzie mamy zjechać i dokąd pójść aby coś załatwić.
Oczywiście na przejściu chyba dawno nie mieli auta osobowego z Polski i gdyby nie pomoc polskich kierowców TIRów, z niczym bym sobie nie poradził. Skończyło się na tym, że jedna pani w okienku za mnie wypełniała papiery po rosyjsku. Wszystko tylko cyrlicą… na Białorusi takie karteczki były też po angielsku, w Rosji tylko po ichniemu…
Potem poszedłem do celnika/ urzędnika, wcześniej pytając kierowców czy jak oni muszę banknot do paszportu wkładać. Poradzili mi, że nie muszę, co skończyło się wyrzuceniem mnie sprzed okienka i komentarzem celnika, żebym czekał i przyszedł aż on powie… mogłem tak czekać w nieskończoność, więc co chwila zaglądałem. W końcu mnie przyjął z banknotem, a wypełniając papiery spytał, czy jakieś “podarki” wiozę dla niego czy nie. Miałem przecież koszulki, więc do banknotu dorzuciłem kilka koszulek i urzędnik był wniebowzięty do tego stopnia, że życzył nam szerokiej drogi….
Czekający w kolejce kierowcy tirów na wieść o tym, że jedziemy nie w interesach lub bo musimy, a turystycznie i dla przyjemności pukali się w czoło, pytając- to nie mogliście sobie do Paryża pojechać?

I KONTAKT Z DROGÓWKĄ

Przez te papiery i utrudnienia na granicy zrobiło się ciemno i zrezygnowaliśmy z Andruszowa tego dnia. Ruszyliśmy prosto na Smoleńsk. Droga nawet nie najgorsza, ale ciemno i pusto dookoła. Po 30 kilometrach złapała nas drogówka za prędkość i milicjant zaproponował 500 rubli. Ja mu na to, że „ja nie milioner” i żeby się zlitował. Targowałem się wbrew radom aby się nie targować, bo przy targowaniu wysokość mandatu w Rosji ponoć tylko rośnie. Targując chyba sprawiłem wrażenie nie rusofoba, a stałego bywalca w Rossiji… i milicjant o dziwo zmiękł i „skazał mienia”: no to co proponujesz? Jak powiesz, tak będzie- dodał.
Byłem zaskoczony moimi umiejętnościami negocjacyjnymi i zaproponowałem mu kolejne koszulki- jedna dla niego, druga dla kolegi, który właśnie innego „pirata” „suszarką” łapał. Milicjant się zgodził, podziękował i jeszcze podpowiedział jak jechać…

Dalej podłączyliśmy się pod dwóch rosyjskich piratów, którzy znając drogę grzali pod dwieście i tak dotarliśmy do Smoleńska. Znowu szukając kościoła objechaliśmy całe miasto, odkrywając przy okazji, że mury obronne zostały zachowane w dużej części.
Kościoła jednak nigdzie nie mogliśmy znaleźć.

OMON W SMOLEŃSKU

mury Smoleńska

Zatrzymaliśmy się na większym placu w centrum i nie mogąc znaleźć lepszego przewodnika zwróciłem się do OMONu- czterech mundurowych siedzących w gaziku, czy nie wiedzą jak do kościoła dojechać. Wyglądali nie inaczej niż ci rosyjscy żołnierze, których oglądać można w informacjach z Gruzji. Byliśmy Polakami, katolikami, o czym doskonale od razu wiedzieli, przy całej propagandzie, filmie „1612”, święcie wypędzenia Polaków z kremla, wojennej retoryce związanej z Gruzją i wyśmiewaniem Polski za współpracę z USA, oni jako mundurowi zaproponowali, że nie dość że wskażą drogę, to żebyśmy za nimi pojechali naszym autem, to oni pokażą… I tak się stało.
Jak się spodziewałem, wbrew stereotypom, jakie panują często wśród osób, które w Rosji nie były, nic nieprzyjemnego, żaden afront nas nie spotkał, za to oznaki sympatii lub przynajmniej uprzejmości.
Gorzej było już na samej parafii, skąd ksiądz nas odesłał po prostu do hotelu.

KOMNATA ODDYCHA

Nam jednak hotel nie był w głowie. Opierając się na wcześniejszych doświadczeniach podjechaliśmy pod dworzec kolejowy by spytać o „komnaty oddycha”. Ta śmieszna nazwa, to po prostu pokoje wypoczynkowe, które na co większych dworcach są i to w dość przystępnej cenie. Pluskiew nie było, no chyba, że te w ścianach, a pokoje z łazienkami świeżo wyremontowane.
Co do pluskiew jeszcze, to przez całą drogę mieliśmy wrażenie, że ktoś nam ją w aucie zamontował, co stanowiło powód wielu naszych niewybrednych żartów. Mieliśmy odczucie, że przynajmniej dzięki temu ktoś wie, gdzie jesteśmy, wie gdzie nas w razie czego szukać i nic nam się nie stanie. Dzięki komórkom logującym się regularnie do przekaźników, czuliśmy że jesteśmy pod baczną „opieką” FSB.

DO ANDRUSZOWA- ROSJA, A BIAŁORUŚ

Rano ruszyliśmy na obchód imponujących murów Smoleńska.

W miedzy czasie doszliśmy do wniosku, że nasza dalsza trasa wiedzie przez takie miejsca, że może być ciężko o nocleg, w związku z czym zapadła decyzja o zakupie namiotu.
Załatwiwszy tę sprawę ruszyliśmy do Andruszowa, najkrótszą drogą, niby czerwoną wg mapy. Niestety, po zaledwie kilku kilometrach droga okazała się nieprzejezdna i zdecydowaliśmy się spróbować sił okrężną. Trochę asfaltów, trochę szutrów, aż dotarliśmy do Tatarska, a stamtąd już blisko do Andruszowa.

Andruszów

W kontekście ponoć tak „ubogiej i siermiężnej” Białorusi, co nie okazało się aż tak prawdziwe, nasze przerażenie budził widok rosyjskich wiosek za dnia. Otoczenie nas szokowało. Przecież przez Białoruś nie jechaliśmy przez lepsze „dziury”, wioski i prowincję niż tu. W Rosji jednak drogi były tragiczne. Nawet stan ukraińskich dróg jest bez porównania lepszy. Tu jest na porządku dziennym, że droga zaznaczona na mapie jako czerwona nagle się urywa, albo jest nieprzejezdna dla pojazdów innych niż Kraz.
Gdzieniegdzie walące się chałupy, płoty, dziurawe dachy, nieużytki, puste pola i pastwiska, kołchozy nieczynne, rdzewiejące maszyny rolnicze, gdzie spojrzeć. Nawet stacje benzynowe, nawet przy głównej trasie, w przeciwieństwie do Białorusi, nie mają wc, ani nawet sławojki, o możliwości umycia rak nie wspominając.

Wracjąc jednak do Andruszowa- pytaliśmy o drogę… Pewien złoto- zębny, ale dobrze zakonserwowany i miły autochton wskazał ją nam. Pytaliśmy go dalej czy jest tam jakiś pomnik, a on na to, że tak, że po Napoleonie. O jakimś pokoju czy rozejmie z Polakami nic nie wiedział.
Potem spytał po co my tam jedziemy. Nie chcieliśmy ryzykować przyznania się do historycznych zainteresowań, więc wcisnąłem kit, że pra, pra dziadek stamtąd pochodził. Rozmówca zaczął drążyć temat i spytał, jakie moje nazwisko… Gdy usłyszał odpowiedź, stwierdził, że nie przypomina sobie takiego, ale ja wybrnąłem, że pewnie pra, pra dziadek miał inne niż ja… oczywiście pod względem pochodzenia z Andruszowem wspólnego nic nie mam.

tabliczka z Andruszowa

Po kilku kilometrach jazdy przez pola i łąki po horyzont, dotarliśmy do Andruszowa. Miejsce wskazywały dwie tabliczki, drewniana i przerdzewiała stalowa. Jak to po wizycie Lisowszczyków, gdy odjechaliśmy tej drugiej nie było na swoim miejscu, a w naszym bagażniku. Ponoć mój pomysł ze zdobyczną tablicą z nazwą miejscowości tak przypadł wszystkim do gustu, że powstał plan aby do końca wyjazdu kolekcję wzbogacić o Polanów, Kłuszyn, Pirniewo, Jam Zapolski. Późniejsza rzeczywistość zweryfikowała jednak ten plan.
W Andruszowie jednak nie uraczyliśmy pomnika z czasów Napoleona, a właśnie taki, który nas interesował, a dotyczący roku 1667. Na płycie znalazło się nad wyraz dużo prawdziwych stwierdzeń, włącznie z tym, że na mocy papierów podpisanych w Andruszowie i potem pokoju, Smoleńsk „wrócił” do Rosji, co stanowi przyznanie, że nie zawsze do Rosji- Moskwy należał.
W Andruszowie kończyła się droga, więc chcąc, niechcąc ruszyliśmy w drogę powrotną, tym razem do Katynia.
Zjęcia z Katynia znajdują się w galerii, a o samym Katyniu chyba nic nie trzeba pisać, bo zdjęcia mówią same za siebie.
Link do galerii zdjęć z Katynia

Z Katynia ruszyliśmy pośpiesznie olimpijką w stronę Moskwy, aby przed zmierzchem dotrzeć do Polanowa, a na noc do Kłuszyna. Przed nami przeszło 250km, bo przecież Kłuszyn leży zaledwie 150km od Moskwy.

DO POLANOWA- BLISKIE SPOKTANIE Z MI -24

Polanów- Polanowo

Jadąc do Polanowa i aby nie cofać się z Wiaźmy, zjechaliśmy wcześniej z olimpijki 25km na południe by tam skręcić w kolejną „czerwoną” drogę prosto do celu.
Pytając o drogę milicjant zasugerował abyśmy wracali do olimpijki, bo tędy, „tą masziną” nie przejedziemy…
Wracać strasznie nam się nie opłacało, a dysponowaliśmy bardzo dokładną mapą, z której wynikało, że droga jednak nie powinna być najgorsza. Byliśmy jednak w błędzie. Najpierw na drodze wbrew mapie stanął nam tajemniczy, nieoznakowany kombinat, który nie przypominał ani cukrowni, ani fabryki nawozów, ani elektrowni, ani niczego co nam przychodziło do głów. Kombinat nie miał nazwy, ani nie było go na naszej mapie, na której jednak znajdowało się wszystko, każda wioska, z zaznaczonymi poszczególnymi chatami, a w miejscu tajemniczego zakładu pozostawiono praktycznie białą plamę. Po kilku próbach udało nam się w końcu objechać kombinat szutrówką i trafiliśmy na mostek, który miał być początkiem naszej drogi prowadzącej do Polanowa.
Jak tylko pokonaliśmy mostek, na niebie pojawił się uzbrojony szturmowy śmigłowiec Mi-24, który przeleciał nisko prosto na nas. Wbrew naszym obawom nie staliśmy się jego celem, choć niewiele dalej zawrócił i nad pobliskim lasem oddał serię do jakiegoś celu. -No tak, tu niedaleko jest poligon- pomyśleliśmy.
Zrobiło nam się trochę łyso, tym bardziej, że śmigłowiec ponownie wracał i ponownie strzelał, a latał kilkaset metrów nad nami.
Byliśmy prawie pewni, że jeśli w ogóle ta droga nas zaprowadzi do celu, to jakiś patrol przetrzepie nam skórę, jeśli nas nie zatrzyma do wyjaśnienia, skoro w lesie koło poligonu kręci się czterech facetów z państwa Nato, z aparatami, dokładnymi mapami itd…
Nasza czerwona droga najpierw przypominała typową skandynawską szutrówkę, jednak z każdym kilometrem coraz bardziej się zwężała, a była to przecież droga wysokiej kategorii. Po kilku kilometrach była to już wąska, błotnista leśna dróżka. I my taką drogą mieliśmy pokonać jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Brnęliśmy jednak dalej, bo nawet nie było gdzie zawrócić, a śmigłowiec krążył.
Po kilkudziesięciu kilometrach przedzierania się nisko zawieszonym autem przez ciemny las, błotnistą dróżką dotarliśmy do polany z rozjazdem. Tam, ledwo widoczny, zardzewiały drogowskaz wskazywał do Wiaźmy kolejne kilkadzisiąt kilometrów. Ruszyliśmy dalej, przedzierając się z jeszcze większym trudem, aż w końcu pojawił się nowiutki asfalt, zaskakująco szeroki, z zatoczkami i zjazdami do nikąd… na poligon??? Mimo wszystko żadnej kontroli nie było i gładkim asfaltem w umorusanym aucie potoczyliśmy się do Semlewa, a potem do Polanowa. Niestety w Polanowie pomnika żadnego nie było, pewnie dlatego, że Andruszów był dla Moskwy bardziej korzystny od Polanowa, aby go upamiętniać.

KŁUSZYN

Kłuszyn- biwak

Z Polanowa przez Wiaźmę ruszyliśmy na Kłuszyn, wstępując tylko nocą na rekonesans do Carewa.
Na Kłuszyn z olimpijki zjechaliśmy w Gagarinie. Gagarin ma nazwę na cześć kosmonauty, który urodził się w Kłuszynie właśnie. W Gagarinie, całkiem, jak na rosyjskie standardy zadbanym mieście, znajduje się hotel i sklep kosmos i pewnie parę jeszcze sputników…
Minęliśmy Gagarin i przez Prieczystoje dotarliśmy do zapadłego Kłuszyna. Minęliśmy wioskę i na tyłach upadłego kołchozu, w którym jak to można przypuszczać matka Gagarina doiła krowy, bo w pobliżu nie ma innego, rozbiliśmy nasze obozowisko.
Był środek nocy, wilgotno, dosyć zimno. To miała być I noc kupionego w Smoleńsku namiotu o nazwie „tundra”. Niestety namiot nie mógł dać ani ochrony przez zimnem, ani przed zwierzętami, bo nie dało się go szczelnie zamknąć.
Kto chciał, strzelił na noc kielicha gorzkiej na rozgrzewkę i spać- ubierając uprzednio na siebie wszystko co było pod ręką.
Nikt nie zamarzł, wszyscy się obudzili, obfotografowaliśmy sam Kłuszyn, a zanim się udaliśmy na pole bitwy, wróciliśmy do istotnego również dla kłuszyńskiej bitwy Carewa Zajmiszczego. Po drodze jednak przy olimpijce udało nam się zjeść “lekkie, kontynentalne śniadanko”- szaszłyk, oczywiście bez uprzedniego mycia rąk- już drugi dzień z rzędu, bo w Rosji w trasie nie ma gdzie umyć rąk.

Spod Carewa wróciliśmy do Pirniewa i Prieczystoje, na pole bitwy pod Kłuszynem. Miejsce tego świetnego zwycięstwa zostało zachowane w stanie praktycznie nienaruszonym, bo obecnie mieści się tam kołchoz- nieczynny oczywiście. Zdjęcia z pola bitwy dostępne są w galerii.

JAM ZAPOLSKI

Jam Zapolski i Jam

Pożegnaliśmy Kłuszyn i udaliśmy się w stronę Wielkich Łuków, Zawołocza i Jamu Zapolskiego, pokonując przy tym ponownie straszne rosyjskie drogi.
Do Zawołocza dotarliśmy przed zmierzchem, więc jeszcze zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy w stronę Jamu- na noc. Droga była bardzo długa, dotarliśmy tam późno.
Jam Zapolski liczył zaledwie kilka drewnianych chałup. Na skraju wsi znowu rozbiliśmy namiot i przenocowaliśmy.
Nad ranem przyszedł chłop z krową aby akurat koło nas się pasła. Szybko się zebraliśmy i po obfotografowaniu Jamu, w którym teoretycznie w styczniu 1582 podpisano rozejm między Rzeczpospolitą, a Moskwą, ruszyliśmy do pobliskiej Kiwerowej Góry, gdzie w praktyce go podpisano. Przez las, w linii prostej to bardzo blisko, ale my musieliśmy nadkładać kilometrów drogą.

Kiwerowa Góra

Jam, to kilka chałup i poza doprowadzonym prądem, jak większość rosyjskich wsi, wygląda jak z XVI wieku lub przynajmniej z XIX. Natomiast do Kiwerowej Góry z leśnej drogi musieliśmy iść kawałek ścieżką wokół jeziora, by na koniec wspiąć się na niewielkie wzniesienie z trzema domami. Toż to prawdziwy koniec świata. Kolejna zapadła rosyjska wioska, ale ten brak cywilizacji i odludzie łatwiej pozwalał wyobrazić sobie śnieżny styczeń 1582, stojący tu namiot, w którym paktowano, podczas gdy wokół Pskowa trwało oblężenie.

PSKÓW

Psków

Skoro w naszych myślach pojawił się Psków, po wykonaniu kilku dokumentacyjnych zdjęć, ruszyliśmy we wspomnianym kierunku. Po półtorej godziny dotarliśmy do celu, gdzie naszym oczom ukazało się całkiem ładne i zadbane miasto oraz okazałe, charakterystyczne mury.
Poza zwiedzaniem mieliśmy w Pskowie do załatwienia jeszcze jedną sprawę- rejestracja w Rosji… Naszym obowiązkiem było zgłoszenie się poprzez wypełnienie kwitka na poczcie i wpłacie jakiejś opłaty, w ciągu 72 godzin od przyjazdu. Jako przykładni turyści planowaliśmy wywiązać się z tego obowiązku, tym bardziej, że nie chcieliśmy kłopotów i kar na granicy, a jeszcze tego samego dnia mieliśmy opuścić Rosję. Jako że ciągle się przemieszczaliśmy, nie wiedzieliśmy jakie miejsce pobytu wpisać, tym bardziej, że dwie noce spędziliśmy w polu…
Jedyny nasz stacjonarny nocleg, zarazem jedyne miejsce, gdzie na całej trasie przez Rosję udało nam się umyć ręce, była „komnata oddycha” w Smoleńsku.
Nie znaliśmy nawet jej adresu, ale wiadomo, że dworzec w Smoleńsku, to dworzec i tyle… Tak też wpisaliśmy do zgłoszenia, które na dodatek należało wypełnić cyrlicą. My to jeszcze, ale ciekawe jak to miał zrobić np. Amerykanin albo Francuz…?
Wypełniliśmy, poszliśmy do okienka, a pani nam mówi, że tak nie może być.
No więc, my metodą na „Leppera”, jak to nie może, że musi tak być…
Poszła do naczelnik, a naczelnik nas odesłała do jakiejś służby emigracyjnej na drugim końcu miasta. Pojechaliśmy tam, ale oczywiście na miejscu odparto, że to na poczcie jest do załatwienia i czego my u nich szukamy… Wróciliśmy już zatem na pocztę i do naczelnik, która stwierdziła, że z „komnatą oddycha” to my u niej nic nie wskóramy.

GRANICA- METODA NA „POLAKA”

Pozostała nam już tylko metoda na „Polaka”, a więc- jakoś sobie poradzimy…
Ruszyliśmy w stronę granicy z założeniem, że do paszportów wkładamy po banknocie i po sprawie…
Na miejscu zdziwiło nas, że zamiast granicy z Łotwą dotarliśmy do granicy z Estonią. Nie zmartwiło to nas jednak, wprost przeciwnie, bo w ten sposób na trasie naszej podróży znalazł się kolejny kraj…

Stanęliśmy w kolejce, niezbyt długiej na szczęście. Po chwili podszedł do nas Estończyk, z samochodu za nami aby nam pomóc z papierami i odprawą. Zależało mu, abyśmy sprawnie przejechali, bo w końcu on stał za nami…
Na granicy trzy rosyjskie kontrole. Przy wyjeździe z Rosji bezpośrednio do unijnego kraju, jakim jest Estonia, w której mogliśmy czuć się prawie jak u siebie, celnicy rosyjscy byli nad wyraz uprzejmi i mili.
Chyba specjalnie szkoleni aby pozostawiać dobre ostatnie wrażenie przy wyjeździe, aby kontrast nie był zbyt duży…
Pani w pierwszej budce nie mogła się nadziwić, że już opuszczamy Rosję, mimo że pozostało nam jeszcze kilka dni wizy… Nie wyjaśniałem, że jedziemy „na zachód” żeby po trzech dniach w końcu umyć ręce i zjeść, tylko zwaliliśmy to na chłodną jesienną aurę. Swoją drogą pierwszy raz w życiu musiałem się tłumaczyć, żeby wyjechać z kraju, a nie do niego wjechać.
Druga kontrola była celna- trzepanie toreb w bagażniku…
Celnik przyglądał się mojemu kołpakowi. Pytał co to? Z czego to? Odparłem, że z „zajczika”. Na to on pyta o pióra przy kołpaku, a ja na to że z „kuricy”…
Na koniec się pyta, a po co taka czapka? Bo zimno i lubie ją- odrzekłem i się udało.
Ciekawe po co pytał, skoro w Rosji przy szosie na straganie można za niecałe 200 Euro kupić skórę wilka, który tam nie jest chroniony i teoretycznie mógłbym go z Rosji wywieźć- co innego wwieźć do państw unii.
W bagażniku, w fabrycznym schowku pod podłogą mieliśmy jeszcze tablicę z Andruszowa, ale celnik tam nie zajrzał. Co do planu zbioru innych tablic w wyjątkowych miejsc, to nie powiódł się on, ze względu na fakt, że tylko w Andruszowie tablica była stara i dało się ją zdjąć, bez szkody dla infrastruktury państwa rosyjskiego, bo i tak nadawała się tylko na złom. A w ten sposób w RP przybył jeszcze jeden eksponat muzealny. Oni nam tyle wywieźli, że o jedną tabliczkę afery robić nie powinni.
Potem była jeszcze trzecia kontrola, która chyba polegała tylko na sprawdzaniu szczelności drugiej kontroli…
Z nieopisaną radością i ulgą minęliśmy linię graniczną i wjechaliśmy do Estonii…
W końcu umyliśmy ręce i naszym utytłanym rosyjskim błotem spod Polanowa autem pomknęliśmy przez Inflanty na noc w stronę łotewskiej Kiesi.

Bartek Bartosz Siedlar

p.s.
oczywiście na granicy nikt o brak meldunku w Rosji nas nie spytał.

Link do galerii zdjęciowych z wyprawy

Zostaw komentarz

 (wymagane)
 (wymagane)