“Husarskie” filmy

SUBIEKTYWNIE

Poniższy artykuł ma na celu ogólne przedstawienie wizerunku husarii w kinematografii polskiej i zagranicznej. Zanim przejdę do opisu poszczególnych filmów informuję,że w recenzjach koncentruję się na przedstawieniu uchybień, niedoróbek, niedociągnięć, niekonsekwencji oraz innych „nie”, które w wyraźny sposób naruszają wizerunek polskiego kawalerzysty Husarzem zwanego. Oczywiście jestem świadom powodów tychże błędów, takich jak:

-brak świadomości historycznej twórców

-braki finansowe produkcji

-dbanie o względy bezpieczeństwa

-komercjalizacja (chęć zaspokojenia niewygórowanych potrzeb niektórych widowni)

Taras Bulba ( 1962 r.,prod.Jugosławia/USA)

Yul Brynner,jako Taras Bulba.

“Gniot dla masochistów”-tak w skrócie przedstawia się komentarz do tego filmu jednego z internautów.

Całość produkcji to plastikowo, tekturowo- gipsowa rzeka hollywodzkiej proweniencji. Pamiętajmy,że ówczesne filmy amerykańskie tym się właśnie charakteryzowały. Były to wielkomasowe produkcje, z mnóstwem statystów oraz gigantyczną scenografią. Do tego wystarczyło dorzucić znanego aktora/amanta i przepis na sukces gotowy.

Teraz meritum sprawy:

Husaria w złotych (o zgrozo) zbrojach, przy boku coś ala pika lub rohatyna,kończąca się na wysokości głowy i bardziej przypominająca rycerską średniowieczną kopię cierpiącą na dziedziczną karłowatość, niźli husarską broń podstawową. Doczepiony do niej, bliżej nieokreślony jedwabny “proporczyk” wieńczy kataklizm. Hełm złoty (a jakże), z białym pióropuszem,z makietą sztywnego nakarczka. Oczywiście jakichkolwiek skrzydeł, jak i skór zwierzęcych na plecach naszych Husarzy nie uświadczymy. Miłym zaskoczeniem było ujrzenie karwaszy na rękach wojaków. Ogółem zbroje husarzy wyglądają jakby były ponownie wykorzystane z jakiegoś filmu np. „ Rycerze Króla Artura”.

W samej bitwie nasi dali się zaskoczyć i w zasadzie stojąc w miejscu przyjęci na siebie kozacką szarżę. Zastanawiające jest to,że ujęcia polskich Husarzy pokazują tylko ich prawą stronę. Być może nie mieli oni przy boku szabel (o koncerzach/pałaszach nawet nie myślę), zapewne dlatego ,że wszystkie będące w magazynie dostali kozacy.

Pomijam fakt,w którym cała Polska piechota stoi z jakimiś tarczami z piastowskim orłem.

Jedynym miłym dla oka obiektem scenograficznym jest zamek/twierdza, pod którym ma miejsce jedna z bitew (czytaj- gonitwa w bliżej nieokreślonym kierunku połączona z ekwilibrystycznym wymachiwaniem szablą nad głową). Mimo olbrzymich budżetów w filmach tego typu mile widziane są oszczędności oraz niejako ułatwienie sobie pracy. Najczęściej uzyskuje się to poprzez powielanie elementów np. wyposażenia wojsk. Zarówno zbroje, jak i broń sprawiają wrażenie jakby wyszły spod taśmy produkcyjnej pana Forda. Owszem, podyktowane to jest sporą liczbą statystów obecnych na planie filmowym,ale mimo wszystko przekłada się to na jakość szczegółów. Zauważamy tutaj pewną cechę amerykańskich filmów z tego okresu- mianowicie koncentrowano się na odbiorze filmu jako całości (obrazu),którego głównymi wyznacznikami są rozmach i gigantyzm przedsięwzięcia. Dbałość o szczegóły spada w tym momencie na dalszy plan. Ta ignorancja dotyczy też prawideł historycznych, które owszem -są istotne dla narodu, którego film dotyczy, ale już nie dla kalifornijskiego producenta i reżysera.

„Col ferro e col fuoco” („Daggers of Blood” ) AKA „Ogniem i Mieczem” Z kolei tytuł na okładce brzmi „Invasion 1700”.

(1963r.,prod. Francja, Jugosławia,Włochy)

Film oparty na Sienkiewiczowskim Ogniem i Mieczem, lecz skąd ten tytuł „Invasion 1700”?Mnie nie pytajcie bo nie wiem.

Oglądałem ten film jeden raz w życiu,kiedy miałem ok.14 lat. Wówczas to po praz pierwszy (i ostatni) poprosiłem mamę o relanium. Emisji w jakości dwudziestoletniej kasety VHS dokonała podajże TVP2. Jana Skrzetuskiego zagrał Pierre Louis Baron de Bris, złego do szpiku kości Bohuna John Drew Barrymore, Helenę zaś Jeanne Elizabeth Crain. Jedyne co pamiętam to część sceny batalistycznej, w której to husaria w bliżej nieokreślonym szyku bojowym wypada z lasu szarżując na kozaków. W zasadzie to szyk bojowy znam-występuje on we wszystkich filmach o husarii i charakteryzuje się brakiem jakiejkolwiek formacji,linii, tudzież czegokolwiek posiadającego strukturę. Zazwyczaj towarzyszą mu okrzyki „bij,zabij!” lub „łubudu!”.

Wracając do filmu- strój husarski wszystkich statystów i kaskaderów składa się z bordowych nazwijmy to „sukman”, kirysu i uskrzydlonego szyszaka. Włócznia (o kopii przecie nie ma co marzyć) prezentuje się znacznie lepiej niż w „Taras Bulba”, z racji małego acz czerwonego proporczyka z białym krzyżem kawaleryjskim. Czyżby jakiś Italiani przeczytał Sienkiewicza do końca? W pewnym momencie widz wchodzi w posiadanie dość osobliwej wiedzy, z której wynika, że „pasowanie” na towarzysza husarskiego odbywa się poprzez nałożenie złotego łańcucha na szerokie szlacheckie bary.

Potop, Pan Wołodyjowski, Ogniem i Mieczem (prod. Polska; reż. Jerzy Hoffman)

Pozwolicie waszmościowie ,że potraktuję te produkcje razem, zarówno z powodu jednego ich reżysera, jak i względnej ciągłości trylogii.

Mniemam,że to właśnie od tych filmów zaczęła się przygoda ze skrzydlatymi większości z nas. Podobnie,jak fascynaci rąbania się mieczem i toporami zarazili się dzięki „Krzyżakom” A.Forda i K.Chodury. Z racji znamienitości dzieła mam pewne obawy co do wytykania im błędów i niedoróbek. Ogólnie rzecz ujmując chyba wszyscy jednak możemy stwierdzić,że nie jest źle. Kopie są,długie proporce również, kirysy,szyszaki i karwasze pięknie błyszczą a szable świszczą. Potwierdza to zasadę, że jeśli chcesz coś zrobić dobrze to zakasaj rękawy i zrób to sam. Jedynie koncerzy, pałaszy i pistoletów w olstrach nie uświadczymy. Co ciekawe, ta sama niedoróbka? pojawia się też w stosunkowo późno kręconym „Ogniem i Mieczem”, któremu poświęcę nie co więcej uwagi. Ekranizacja ta,mimo,że najbardziej kosztowna mnie osobiście mało przypadła do gustu. Owszem, gra aktorska stoi na bardzo wysokim poziomie , lecz to chyba jedyny element pozwalający do końca obejrzeć tą produkcję. Dopatrzeć się w niej możemy sporawej liczby przykrości a wręcz i kiczowatości. Całe towarzystwo wraz z pocztowymi ubrane jest w jaskrawo czerwone kontusze (może to wina użytej taśmy filmowej, która zbyt mocno eksponuje kolor). Dzierżą oni wielkie bele drewna zamiast smukłych i poręcznych kopii (tutaj nadmienię, że chorągiew zamku Gniew znakomicie sobie z szerokością drzewca poradziła). I te śnieżno białe skrzydła- szlag człowieka trafia,że mogło być tak pięknie a nie jest. O palpitacje serca przyprawiać może niedbałość o wygląd husarzy a przecież reszta kostiumów prezentuje się wręcz fantastycznie. Nie zapięte na szyszakach osłony policzków fruwają jak psu uszy, fragmentu zbroi często się przekrzywiają lub są niechlujnie przymocowane. Biały krzyż kawaleryjski na czerwonym tle to jedyny wzór sztandaru husarskiego występujący w filmie. Tragedii dopełnia “Dumka na dwa serca” jako „utwór” promujący film, oraz wszechobecne „Hej sokole” dźwięczące w filmie chyba co pięć minut. Powieść Sienkiewicza jest tak dobra, że w zasadzie zawsze sama się obroni, jednak twórcy, którzy się za jej ekranizację zabierają nie powinni zarzucać jej kiczem i plastikiem ponad wymuszoną miarę. Film dość pozytywnie kończy historię miłości Skrzetuskiego i Heleny, jednak pamiętajmy,że współwystępowała ona wraz z problematyką powstania kozackiego,która nie została zakończona a w zasadzie tylko dopowiedziana przez narratora. Stąd też mój głęboki niedosyt i zawiedzenie po wyjściu z kina.

W czasach powstawania tego obrazu „modnym” od dawna był trend w kinematografii historycznej, by kończyć film w sposób pozytywny dla narodu, który go stworzył. Generalnie zasada jest taka: źle na początku, tragicznie w środku , wspaniałe zwycięstwo na końcu. Polska kinematografia jak wiadomo za światową modą nie idzie ,więc postanowiono że w przypadku „Ogniem i Mieczem” wyjdzie nie jako na remis,słowem Lachy i Kozaki tłuką się nadal i jak chcesz wiedzieć co z tego wyszło to zajrzyj sobie drogi widzu do książki lub Wikipedii. Niby dobrze, ponieważ zachęca to do eksplorowania meandrów historii na własną rękę, jednak ja, jako młody wówczas widz, chciałem poniekąd takiego filmu, w którym główni bohaterowie przeżyją a Rzeczpospolita da łupnia tym,którym się należało. Film polski zawsze miał to do siebie,że przedstawiał rzeczywistość ze wszelkimi jej szarościami, unikał jaskrawej skrajności w której jest się tylko zwycięzcą lub tylko przegranym. Pochwalam to, ponieważ ukazuje to życie takim, jakie ono jest, lecz z drugiej strony w przypadku filmu historycznego moim skromnym zdaniem winno być odrobinę inaczej. Rolą takiej produkcji jest podniesienie ducha narodowego, wskrzeszenie pamięci kraju oraz krzewienie dumy z dokonań przodków. Aż ciśnie się pytanie dlaczego wielki Szymon Kobyliński grający role polskiego posła nie łupną ręką w stół i nie rzekł na ten temat kilku groźnych acz szczerych słów. Przecie tegoż Jegomościa nawet Hoffman by się posłuchał.

We wszystkich filmach trylogii irytujące mogą być też drewniane końce kopii, którymi się jazda nasza posługuje. Najprawdopodobniej ich nieuzbrajanie podyktowane było względami bezpieczeństwa, podobnie zresztą rzecz ma się na zamku w Gniewie i w przypadku innych wskrzeszanych chorągwi, więc nie można mieć tutaj do twórców żadnych pretensji.

Zarówno „Pan Wołodyjowski” oraz przesławny „Potop” uniknęły większości grzechów „Ogniem i Mieczem”, dlatego też przeszły one do klasyków polskiego historycznego kina i w przeciwieństwie do „Kevina samego w domu” można te produkcje oglądać co roku.

Przy okazji stwierdzę, że szarża w Potopie należy do najpiękniejszych scen tego typu. Na drugim miejscu umiejscowiłbym tą z „Ogniem i Mieczem” (przed ugrzęźnięciem husarii w błocie). Trzecie miejsce należy się końcowej scenie z „Pana Wołodyjowskiego” z przepiękną melodią Andrzeja Markowskiego.

1612 (2008 r. Prod. Rosja)

Długo zastanawiałem się co napisać o tym filmie. Moskali (tutaj polityków rosyjskich) z całego serca nie lubię lecz sprawiedliwym być trzeba. Jednym zdaniem- widowisko bardzo dobre, fabuła do kitu. Miałem głębokie obawy ,że ten film zmasakruje polskie produkcje (szczególnie „Ogniem i Mieczem”), jednak dzięki obecności w filmie jednorożca film ów zmasakrował się sam. Słowem obraz ten sam nie wie czym chce być. Filmem na wskroś historycznie poprawnym, opowieścią o miłości i niezwykłym awansie społecznym, czy też baśnią o genetycznie zmutowanym białym koniu,którego nikt na oczy nie widział?

Jednakże jeśli chodzi o wizerunek husarii w filmie. Autentycznie zazdrościłem Rosjanom tego,jak została ona przedstawiona (Pomijam fakt,że jej wygląd jest nieadekwatny do roku 1612, jednak bądźmy szczerzy. Ani Polska, ani Rosyjska widownia w większości nie zorientuje się w „pomyłce”). Pierwszy raz widziałem pałasze w akcji oraz zaprezentowane zdolności szermiercze i jeździeckie uskrzydlonego kawalerzysty. Oczywiście krew mnie zalewała, gdy w scenie zdobywania miasta kawaleria stoi zbyt blisko murów a później sama próbuje je zdobyć. Lecz cóż można tu zrobić? To Rosjanie kręcili film i to oni decydowali co i jak. Reżyser umiejętnie skoncentrował się na wytrzebieniu husarzy ponieważ doskonale w Rosji wiedzą,że jesteśmy dumni z naszej formacji, więc to z jej udziałem nakręcił większość zwycięskich dla Moskali scen batalistycznych. Jak już wcześniej nadmieniłem obawiałem się ,że film ten odniesie duży sukces, zarówno w samej Rosji ,jak i za granicą. Na szczęście reżyser sam strzelił sobie w stopę rzeczonym już „unicornem” i treściami z pogranicza snu, fantazji tudzież pijackiej maligny, w których hiszpański duch skutecznie naucza chłopa szermierki a on sam okazuje się być samoukiem z zakresu artylerii i balistyki. Podsumowując- w „1612” do wyglądu husarii nie ma się do czego przyczepić, oczywiście za wyjątkiem zaplanowanego moim zdaniem przez reżysera „zapożyczenia” tegoż wyglądu około 50 lat późniejszego. Było to bardzo zamierzone działanie, ponieważ jak rzekłem wcześniej my Polacy bardzo jesteśmy do właśnie tego wizerunku mocno przywiązani.

Nie pozostaje nam nic innego ,jak tylko czekać na Polską produkcję tego typu nacechowaną historyczną poprawnością, dbałością o szczegóły i zakończoną wielkim, bezapelacyjnym zwycięstwem. Husarze wraz z pocztowymi władać będą i kopią i szablą, kłóć koncerzami, strzelać z pistoletów i łuków. Wzorów sztandarów, podobnie jak i proporczyków będzie zatrzęsienie. Nasi wojowie dbać będą o należyty wygląd i w należytej formacji gromić wroga.

Film „Victoria” na podstawie książki Cezarego Harasimowicza (tutaj nadmienię,że okładka tej książki zakrawa na kpinę) zapowiadał taką produkcje, lecz jak wiemy wszystko na nieszczęście spaliło na panewce. Cóż-czekamy nadal….
Niestety w tym artykule pominę najnowsza produkcję z omawianej tematyki pt. „Taras Bulba” z 2009 roku Rosyjsko-Ukraińskiego autorstwa, ponieważ nie oglądałem jeszcze tego filmu. Gdy tylko to się stanie postaram się wyładować na nim stylistycznie i merytorycznie, jeżeli na to zasłuży.

Łukasz Możejewski

Zostaw komentarz

 (wymagane)
 (wymagane)